o złotóweczce i o tym jak syn mnie zaskoczył ;-)

Między szkołą a domem powstał nowy sklep o wdzięcznej i wiele mówiącej nazwie „Złotóweczka”. Sklep ten jak nietrudno się domyśleć utrzymuje się głównie z kieszonkowego… Czego tam nie ma…
Moje córki dzielnie dbają żeby utrzymał się na rynku, zresztą pewnie cała szkoła o to dba.  W szkolnym sklepiku poszaleć się nie da, jak wiadomo 🙂 Znoszą do domu rozmaite cuda – konsekwencja samodzielnych powrotów ze szkoły 😉 Ba, „Złotóweczka” sponsorowała nawet naszą pietnastą rocznicę ślubu.
Przedszkole niestety jest bliżej domu niż „Złotóweczka”, ku niezadowoleniu mojego syna. Jakoś nie bardzo chciało mi się tam z nim wybierać, ale w ramach nagrody kiedyś mu obiecałam. Niedawno nadarzyła się ku temu okazja, więc poszliśmy. Antek zrobił efektowne wejście 🙂 Rozpędzona hulajnoga, na której jechał zaczepiła się o próg a on po prostu wpadł do środka. Wstał, otrzepał się i podchodząc do lady, zapytał czy są lepiące piłeczki. Sprzedawczyni zaprowadziła go do odpowiedniej półki. Popatrzył, pooglądał, rzucił okiem na inne półki i mówi do mnie tak:
– Chodź mamo idziemy TU JUŻ NIE MA NIC CIEKAWEGO! Kupię sobie gazetkę w Stokrotce.

Prawie mi kapcie spadły 🙂 tak się zdziwiłam.

Related posts:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *